środa, 14 października 2015

Jak wrócić do biegania po przerwie?

Różne są powody, dla których przestajemy biegać – od kontuzji, po zmianę pracy, przeprowadzkę, chorobę czy po prostu zwykłe zmęczenie.

Jak było u mnie? W pewnym momencie moje życie wywróciło się o 180 stopni. Dużo pracy, dużo nauki, związek. Najpierw było bieganie kiedy mogłam, czyli deptanie kilometrów bez żadnego planu. Ale ja lubię mieć plany, jakiś cel. Pobiegłam Półmaraton Warszawski, zabrakło kolejnego celu, motywacji i chęci samorozwoju. Poświęciłam się studiom, pracy i swoim w końcu dobrze ulokowanym (odpukać!) uczuciom.
Im wolniej tym lepiej.
Nie szarżuję. Przez kilka miesięcy nie biegałam w ogóle. Chyba, że do autobusu. Czasem poćwiczyłam mocne cardio w domu, poskakałam na skakance, ale na tym koniec. Biegam wolno, bez zegarka, w tempie konwersacyjnym. Cieszę się każdym kilometrem i powoli zwiększam objętość. Najpierw było to kilka kilometrów. Długo klepałam krótkie, mało intensywne biegi. Kiedy zaczęłam czuć się coraz mocniejsza, wróciłam na swoją Puławską J.  Z treningu na trening pozwalam sobie na więcej, zaczynam bieg spokojny przeplatać mocniejszymi akcentami.



Zawody – największy motywator

Powrót do treningów dobrze jest związać z jakimś celem. U mnie to zawody w Żoliborskim Biegu Mikołajkowym 6 grudnia w Warszawie. Nigdzie nie jadę, pobiegnę u siebie na miejscu. Na nic się nie nastawiam. Serio. Chcę po prostu poczuć TĘ szczególną atmosferę, kiedy w jednym miejscu spotyka się duża liczba biegaczy. Aż mnie ciary przeszły, kiedy o tym napisałam.
Nie jest to jakiś ekstremalny dystans, bo tylko 10 km. W kwietniu biegnę Półmaraton, który na stałe wplótł się w moje biegowe życie.
Biegu w grudniu potrzebuję do tego, żeby przekonać się, że wzięłam się w garść i powracam na salony J. Jest to też ogromna motywacja, aby wyjść z domu, przebiec się z myślą o czekającym starcie. Na mnie działa to najbardziej.

baner-960x300


Nie daj się

Brak chęci na wyjście z domu, na założenie biegowych butów, które przez kilka miesięcy kurzyły się w szafce. A do tego jeszcze świadomość, że kiedyś biegało się szybko, a teraz trzeba wszystko zaczynać od początku. Ta świadomość utraty kondycji była dla mnie najgorsza. Mimo wszystko trzeba się zmobilizować. Stało się, nie biegało się, ale nie ma co siedzieć i czekać na cud. Trzeba to po prostu zrobić. Założyć buty, wyjść, przebiec się. Ze swojej strony radzę nie myśleć o tempie i ilości przebiegniętych kilometrów. Dobrze jest wyjść nawet na 15min. Trzeba złamać w sobie strach, oswoić się z sytuacją, obrać cel i napierać do przodu!

Spróbuj z kimś

Dobrze jest, kiedy mamy kogoś, kto też biega. Wtedy motywujemy siebie nawzajem. Jest to super sprawa nie tylko dla tych, którzy do biegania wracają, ale również dla osób, które swoją przygodę dopiero zaczynają.
Mi nie zawsze udaje się pobiegać z Panem K. Pracujemy w różnych godzinach, nie zawsze mamy czas, żeby wspólnie wyjść na godzinę biegu. Wystarczy od czasu do czasu. Ja np. idę biegać nawet sama, żeby nie zostać w tyle i troszkę porywalizować ;)


Pamiętaj o rozciąganiu treningu ogólnorozwojowym

Musimy pamiętać o tym, że po dłuższej przerwie nasze mięśnie są ospałe i mimo tego, że ich pamięć jest bardzo dobra i progres przychodzi szybko nie wolno zapominać o dbaniu o kości i stawy. Trzeba się rozciągać, trzeba ćwiczyć stabilizacje i wszystko inne. Bardzo nie lubię tych ćwiczeń. Nie lubię rozgrzewek, nie lubię rozciągania po i nie lubię ćwiczyć na macie i z piłką. Mimo wszystko zaciskam zęby, rozwijam matę i katuję brzuch.



Długawo dzisiaj, ale wkręciłam się! Mogłabym tak pisać i pisać. Czas jednak wrócić do pracy (niestety!). Na razie jestem na biegowym haju pod tytułem: sport to nie tylko osiągi, to też dobra zabawa, emocje, cieszenie się każdym kilometrem! I Wam też takiego haju życzę! Na koniec powiem Wam jeszcze, że z mojego niebiagania ucieszyła się tylko mama i na razie nic jej nie mówię, że już start zaplanowany i bieganie wróciło! Ha!

środa, 7 października 2015

Powroty małe i duże.

 Znów log out. Może tym razem się zmobilizuję i będę bloga prowadzić regularnie, chociaż przy moim trybie życia będzie to szalenie trudne. 

Wypadłam z obiegu. Coś tam biegam, ale na pewno nie jest to konkretny trening. Starty w roku 2015? Jeden. W Półmaratonie Warszawskim Ukochanym. Już teraz mogę powiedzieć że w roku 2016 również będzie grany. Musi być!

Liczę tez na to, że może pobiegnę coś świątecznego w grudniu. Tak sobie po cichu o tym marzę, bo muszę mieć cel - jak nie mam, to po prostu nie biegam. Tak to u mnie działa. Jest cel, jest motywacja są treningi. Nie może zabraknąć żadnego z elementów. 

Poza tym nie biegam już tak często sama. Mam towarzysza- partnera i trenera w jednej osobie. Chyba lepiej nie mogłam trafić :). Kiedyś nie lubiłam biegać z kimś, nie lubiłam biegać bez muzyki, nie lubiłam się ścigać na treningach i akceptowałam tylko swoje towarzystwo w trakcie. To było kiedyś. Teraz jest inaczej, jest lepiej. No i nauczyłam się biegać bez zegarka! Ale tak po cichutku powiem Wam, że wrócę do niego, kiedy poczuję, że znów biegam szybko. Bo na razie, kiedy widzę tempo powyżej 5min/ km, to robi mi się słabo. 

Tęskni mi się cholernie za dawną formą, ale może dobrze zrobił mi taki rest i trochę odpoczynku. Już czuję flow w nogach, październikowe bieganie przy takiej pogodzie kocham. Wystarczy tylko przeżyć zimę ;) 

Poza tym byłam na wakacjach w górach i udało mi się nawet kilka razy wyjść i potruchtać po górkach, co przy mojej obecnej formie było nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza po takich górkach i małej ilości snu. Nachodziliśmy się, było super! A Wam (o ile ktoś to jeszcze czyta) obiecuję fotorelację z Zakopanego w przeciągu kilku dni!

Generalnie to - pracuje się, studiuje się, żyje się! Jest fajnie. Prowadzenie bloga, najpierw śniadaniowego, potem tego dawało mi niesamowitą satysfakcję, więc wracam. Idzie mi opornie, ale dajcie mi się rozkręcić. 

Nie wiem o czym jest ten post. Wy też pewnie nie wiecie. Trochę tu chaosu dzisiaj. Ale chyba jeszcze nie zapomniałam jak się to robi. A tymczasem wracam do pracy, ale zanim to zrobię poszukam biegu na grudzień ;)

środa, 8 kwietnia 2015

Log out i X. Półmaraton Warszawski

Nieprzebiegałam zimy. O zgrozo! Człapałam sobie jakieś tam kilometry, do 12 max. Słuchawki w uszach, Puławska znana na pamięć i z zamkniętymi oczami mogłabym powiedzieć, który przystanek mijam. Wracałam do domu, układałam puzzle, uczyłam się, biadoliłam, bo a to kolano, a to kostka. Ach, jak ja uwielbiam moje kontuzje.

Nuda, nuda. Gdzie się podziało podjaranie samą sobą jaka to ja jestem zajebista, jak łatwo idzie mi bić kolejne życiówki, jak ja to wspaniale biegam i jakie mam piękne słupki na endomondo. Przeszło mi? Już? Co to, ja mam taki staż w bieganiu, że już mi się odechciało? Szybko jakoś. 

Żadnego wrażenia nie robiło na mnie to, że w marcu miałam przebiec (przebiegłam, przebiegłam) Półmaraton Warszawski. Przecież ja mam czas, przecież coś biegam, przecież zdążę. I tak oto za poważne treningi to ja się wzięłam pod koniec lutego, a najdłuższe wybieganie zrobiłam na dwa tygodnie przed półmaratonem i wynosiło ono 20km! No świetnie!

Półmaraton poszedł średnio, a byłam nastawiona, że pójdzie lepiej (ja bym nie była...), do 10 km żarło, potem zdechło, czyli to co zawsze u mnie. Oduczyłam się biegać z kobiecymi przypadłościami, nieprzetrenowana zima dała się we znaki, ale przynajmniej pierwszy raz w życiu siedziałam w środku karetki, ha! I to w połowie biegu, ha! I kiedy tak sobie siedziałam i widziałam jak życiówka mi się właśnie wymknęła, to myślałam w ogóle czy jest sens biec. Po co? Jak nie po życiówkę, to po co? Czy ja w ogóle dam radę? Ledwo łażę. I wtedy odezwała się stara, wybiegana Sylwia, ta, która jeszcze rok temu o tej porze trzaskała trzydziestki po lesie, śmigała drugie zakresy i była pełna życia. Chyba jest jednak we mnie coś niezłomnego, bo kiedy lekarka powiedziała, że mogą mnie odwieźć za 15 min na metę, to podziękowałam i fruu na trasę. Ciężko. Mozolnie. Noga za nogą, krok za krokiem. Prawa, lewa. Skoro nie ma życiówki, to ciesz się biegiem! Nic mnie nie cieszy, pewnie biegnę na 2h!!! (zegarek od początku mi coś przekłamywał, więc się nie sugerowałam). Prawa, lewa. Bardzo ładnie. 
Fajnie tak, bez zegarka. Ciekawe, który to już km? Łoo, 13! Brawo ja! Człapię sobie, tunel, 17 km. No i ten podbieg. Nie żebym miała coś do podbiegów. Nawet lubię. Ale jak zobaczyłam ten na 18 km, to myślałam, że stanę i się rozbeczę. Halo, pani doktor, możecie mnie odwieźć. Bluzgam w myślach niemiłosiernie. Jeszcze trochę, prawa lewa i zaraz będziesz na górze. Ufff, jak ja to zrobiłam. Wbiegam na górę, a tu jeszcze gorzej. Wieje jak nie wiem. o borze borze borzenko! Walę to! Prawa, lewa, ale już nie biegiem a marszem. Wszystko mnie boli. Napierdala mnie! Ja tu się wlekę niemiłosiernie i tak boli?! 
No i 20 km! Ogrom kibiców. Poczułam się jak w Krakowie rok temu na maratonie. Borzesz, ile dają kibice! Najwięcej! Prę, lecę, patrzę na zegar i widzę, że nie jest tak źle, przynajmniej mniej niż 2h! Jeden pięćdziesiąt dwa cośtam netto. Co z tego, że miało być 12 min szybciej, walę to! Nie każdy bieg to życiówka, ha!

I takim oto sposobem zachciało mi się biegać ponownie. Jestem już! Dalej bez słupków na endo, bo teraz to ja własne obserwacje prowadzę w kalendarzu i skrupulatnie wszystko zapisuję, a za dwa tygodnie biegnę 5 km z okazji biegu wiosennego Grand Prix Pionki i zamierzam się dobrze bawić i nawet trenuję! Bo zajarana jestem strasznie i mam ochotę na mocne treningi i zdrową dietę i będzie pięknie! Pardon, pienknie. 

No i tutaj też już postaram się być, bo mam fajne książki i coś Wam o nich napiszę, promise! I nie tylko o książkach! O bieganiu moim od nowa!